Jak dobrze zacząć dzień – poranne rytuały

  1. MDA
  2. /
  3. Jak dobrze zacząć dzień – poranne rytuały

Poranek to najdziwniejsza pora dnia. Jeszcze jesteśmy jedną nogą w śnie, a drugą już w obowiązkach. Jedni wyskakują z łóżka jak sprężyna, inni prowadzą z budzikiem długie negocjacje pokojowe. A jednak - niezależnie od szerokości geograficznej - wszyscy zaczynamy dzień jakoś. I właśnie to „jakoś” mówi o nas oraz o kulturze, w której żyjemy, zaskakująco dużo.

W podróżach najbardziej mogą fascynować poranki. Nie zabytki, nie kolacje, nawet nie zachody słońca, ale chwile między pierwszym przeciągnięciem się a wyjściem z domu. Włochy pachną wtedy kawą. I nie chodzi tu o kawę kontemplacyjną, lecz o bardzo konkretne, krótkie espresso wypite na stojąco przy barze. W Rzymie czy Mediolanie nikt nie „siedzi nad kawą” o siódmej rano. To byłoby niemal wbrew obyczajowi. Jest szybki łyk, krótka wymiana zdań z barmanem i już - dzień oficjalnie się rozpoczął.

Francuzi zaczynają łagodniej. Paryski poranek to rytuał maślany: croissant, bagietka, dżem morelowy i kawa, która nie ma ambicji postawić człowieka na nogi w trzy sekundy. Ona raczej mówi: „spokojnie, zdążymy”. To poranek kontemplacyjny, nawet jeśli trwa tylko kwadrans przy kuchennym blacie. W kulturze francuskiej śniadanie to bardziej stan umysłu niż kaloryczny obowiązek.

W Japonii poranek opiera się na uważności i powtarzalności. Ciepła herbata, proste śniadanie - często ryż i zupa miso - oraz kilka minut ciszy. W tekstach inspirowanych filozofią ikigai (rozumianą jako poczucie sensu i celu, a nie gotową receptę na szczęście) podkreśla się wagę codziennych, drobnych czynności wykonywanych z uwagą. Poranek nie musi zachwycać. Ma ustawić wewnętrzny kompas.

Skandynawia stawia na światło - albo raczej na jego poszukiwanie. Świece zapalone już rano, spokojne śniadanie, często owsianka lub kanapki, i atmosfera lagom, czyli „w sam raz”. Bez nadmiaru, bez presji. To poranek, który nie krzyczy: „osiągaj!”, ale raczej mówi: „zróbmy to rozsądnie”.

A my? Polskie poranki są hybrydą. Trochę włoskiego pośpiechu, trochę francuskiego „jeszcze chwilkę”, odrobina skandynawskiej potrzeby komfortu i bardzo lokalna walka z czasem. W artykułach z nurtu self care - publikowanych m.in. w magazynach psychologicznych i lifestyle’owych - często zwraca się uwagę na fakt, że dzień zaczynamy od telefonu. Zanim zdążymy pomyśleć o sobie, już myślimy o świecie.

I tu dochodzimy do sedna. Poranne rytuały nie muszą być ani produktywne, ani godne relacji w mediach społecznościowych. One mają być po prostu nasze. Idealny poranek nie istnieje w oderwaniu od człowieka, który go przeżywa.

Nasza wersja idealnego poranka? Zaczyna się od ciszy - choćby pięciu minut bez ekranu, bez wiadomości, bez cudzych spraw. Potem woda. Zwykła, prosta, przywracająca organizm do życia. Kawa dopiero później, pita powoli, nawet jeśli rozsądek mówi, że nie ma na to czasu. Kilka ruchów - niekoniecznie trening o świcie, raczej solidne przeciągnięcie się, które daje ciału sygnał: „działamy razem”. I jedno konkretne postanowienie na dzień. Nie w skali „zmienię życie”, ale „zrobię jedną rzecz porządnie”.

Taki poranek mógłby wydarzyć się wszędzie: w hotelu w Lizbonie, w pociągu do Berlina, w kuchni we własnym mieszkaniu. Bo dobre poranki - podobnie jak dobre podróże - nie zależą wyłącznie od miejsca. Zależą od obecności.

A jeśli jutro znów obudzi nas budzik zbyt wcześnie, kawa będzie za gorzka, a dzień zacznie się od pośpiechu? Trudno. Poranek to nie egzamin z charakteru. To zaproszenie. I zawsze można spróbować przyjąć je jeszcze raz - następnego dnia.

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej