Wyjazdy za granicę najczęściej kojarzą nam się z jednym: urlopem. Chwilą oddechu od codzienności, zmianą otoczenia i momentem, w którym można na chwilę zapomnieć o pracy i obowiązkach. A co jeśli odwrócić tę perspektywę o 180 stopni i sprawić, że to właśnie powroty do Polski stają się czasem odpoczynku, a podróż staje się codziennością i jednocześnie pracą?
Podróże często są dla nas ucieczką, sposobem na oderwanie się od rutyny i pozwoleniem sobie na rzeczy, których na co dzień nie robimy. Kiedy wyjeżdżamy na dwa tygodnie za granicę, możemy na chwilę stać się kimś innym: zwolnić tempo, zapomnieć o obowiązkach i nie myśleć o tym, co dzieje się w domu. I chyba każdy, wracając z takiego urlopu, choć raz pomyślał: a co by było, gdybym po prostu nie wracał?
No właśnie — wielu o tym myśli, ale niewielu faktycznie decyduje się na taki krok. Etat, kredyt, własne mieszkanie, przyzwyczajenia. To wszystko tworzy schemat, z którego trudno się wyrwać. Jest bezpiecznie, przewidywalnie — a urlop raz czy dwa razy w roku wydaje się wystarczającą nagrodą. Ale są też tacy, którzy zaczynają się zastanawiać, czy to na pewno jedyna droga. Ja byłem jedną z tych osób.


Spełniłem marzenie i „rzuciłem to wszystko i wyjechałem”… właściwie wszędzie. Na początku miał to być sześciomiesięczny wyjazd do Azji. Trzy lata później mam na liczniku około 30 krajów na czterech kontynentach i mogę śmiało powiedzieć, że nie tego się spodziewałem.
Pierwsze miesiące przypominają trochę miesiąc miodowy. Wszystko jest nowe, ekscytujące, a każdy dzień przynosi coś, czego wcześniej nie znałeś. Powoli uczysz się nowej rzeczywistości, zakochujesz się w tym stylu życia i zaczynasz patrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. Czujesz prawdziwą wolność — w końcu to ty decydujesz, co zrobisz następnego dnia: czy zjesz pad thaia w Tajlandii, czy tacos w Meksyku.
Ta pogoń za doświadczeniami sprawiła, że w samym 2024 roku spałem w około 150 różnych łóżkach, na pięciu lotniskach, na cmentarzu w Meksyku i w jaskini w Papui Nowej Gwinei. Brzmi jak fantastyczna przygoda — i tak rzeczywiście było. Ale jeśli pomyślicie o tym, że oznacza to pakowanie się i zmianę miejsca zamieszkania co dwa–trzy dni, zaczyna wyglądać to trochę inaczej.


To jest ta część, o której rzadko się mówi w kontekście podróżowania na pełen etat. Kiedy mieszkamy w jednym miejscu, rachunki płacimy raz w miesiącu, wiemy gdzie jest najbliższy supermarket i jak dojechać do pracy. W podróży praktycznie codziennie trzeba znaleźć miejsce do spania, wyszukać dobrą restaurację i zaplanować sposób dotarcia do kolejnej destynacji. Na dłuższą metę to po prostu dodatkowa praca.
A to dopiero część rzeczywistości, bo przecież podróżowanie kosztuje. Trzeba na nie w jakiś sposób zarobić. Rozwiązań jest wiele — ja wybrałem miks. Jestem liderem wypraw w Soliści Adventure Club i jeżdżę z ludźmi po świecie, pomagając im spełniać ich podróżnicze marzenia. Jednocześnie tworzę treści w internecie, pokazując świat przez swój własny filtr.
Kiedy jestem z grupą, nie dość, że muszę organizować własne życie w drodze, to jeszcze dbam o kilkanaście innych osób. Trzeba pilnować planu, bezpieczeństwa, integracji, a w praktyce oznacza to pracę niemal 24 godziny na dobę. Do tego dochodzi tworzenie treści: nagrania, montaż, pomysły, publikacje. Brzmi prosto, dopóki nie zacznie się robić tego z myślą, że ma to być również źródło utrzymania.


Momentami mam więc wrażenie, że pracuję na trzy etaty zamiast jednego. I można by zapytać: po co?
Bo choć do tej pory wszystko może brzmieć jak ciężka praca, dla mnie była to jedna z najlepszych decyzji w życiu. Wbrew wielu głosom rzuciłem stabilną pracę w korporacji, w której odnosiłem międzynarodowe sukcesy, i uznałem, że marzenia są ważniejsze.
Dziś każdy dzień przynosi nową historię. Każde kolejne, nawet symboliczne łóżko, to nowe miejsce na mapie. Moje „biuro” nie ma jednego widoku z okna. Dzięki podróżom nauczyłem się też doceniać rzeczy, które wcześniej wydawały się oczywiste: ciepłą wodę pod prysznicem, wygodne łóżko czy spokojny wieczór w jednym miejscu. W wielu zakątkach świata to wcale nie jest standard.
Czy każdy może podróżować na pełen etat? Jasne. Zachęcam, żeby spróbować. Ale czy to dla każdego? Myślę, że nie. Większość osób po miesiącu zatęskni za własnym łóżkiem — i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Jan Wojtkowski
Lider wypraw i twórca treści o podróżach. W 2023 roku zostawił pracę na etacie, by zamienić biuro na życie w drodze. Do tej pory odwiedził ponad 90 krajów na wszystkich kontynentach.
